Toskania wydaje się być bardzo popularnym regionem, szczególnie wśród Amerykanów. Jak czasami mam okazję trochę ich poobserwować, to mam wrażenie,że lecą do Włoch z myślą, że tak wygląda cała Europa. Ba, na tej jednej wizycie chcą zakończyć zwiedzanie kontynentu. Zatrzymują się w knajpach, kafejkach i barach, siadają (koniecznie!) na dworze lub jak zła pogoda, pod oknem i zamawiają wino bądź kawę, bo to takie europejskie. Piją to, kiwając głowami,że dobre, a Włoch się cieszy, bo właśnie sprzedał butelkę taniego wina z supermarketu za cenę 30 euro. Wielokrotnie byłam świadkiem takich zdarzeń i jestem pod wrażeniem,że Amerykańcy jeszcze się nie zorientowali. Turyści zza oceanu są trochę śmieszni dla nas. My Europejczycy mamy trochę inne oczy. Każde miasto i ulica, to zupełnie inna historia. Inaczej oglądamy, zwiedzamy i postrzegamy. Nic zaskakującego w tym,że jesteśmy przyzwyczajeni do zabytków porozsiewanych wszędzie, gdzie mieszkamy. Florencja nie odbiega od tego standardu. Zawsze chciałam ją zobaczyć i gdy ten moment nadszedł, lało cały czas. Europejczyk nigdy nie ucieszy się z czegoś takiego.
Nie nazwałabym Florencji piękną. Architektura mnie nie uwiodła. Nawet katedra,która wygląda jak namalowana, za bardzo kontrastuje z surowością miasta. Budynki, w większości piaskowe, nigdy nie należały do kategorii moich ulubionych, a miasto (może przez tą nieładną pogodę) wyglądało na ciężkie.




Muzea, muzea. Ważna rzecz w tym mieście. I to nie te, gdzie mamy Botticellego, tylko Gucciego, Ferragamo i Pucciego.
Piazza di Santa Trinita, 5, 50123 Firenze, Italia+39 055 289430
Jedna taka wystawa i Florencja zaczyna wzbudzać we mnie szacunek od nowa.
Jedna taka wystawa i Florencja zaczyna wzbudzać we mnie szacunek od nowa. 


Schodząc z Ponte Vecchio trafiamy na raj. Rzeczywisty raj nad raje,gdzie z dala od drożyzny i ogromnego luksusu trafiamy na prawdziwe złoto. Zakochałam się nieodwracalnie w tych wszystkich mini-sklepikach, znalezionych wokół Via Maggio. Istny raj lokali bez nazw, za to ze sprzedawcami jedzącymi obiad w swoim dobytku. Ci, bez żadnych skrupułów stawiają miski z makaronem wśród żakietów Versace z lat 80-tych. To już nawet nie są butiki, sklepy czy salony. To istne królestwa, rządzące się nieznanymi nikomu prawami. Moja miłość do jednego z nich stała się tak bezkresna, jak szok, którego doznałam wchodząc do środka. Setki skórzanych kufrów, tysiące sukienek i butów. Wszystko wymieszane, jedno na drugim, a na tym kolejny stos. Pierwszy raz zachciało mi się płakać w sklepie. Chyba nigdzie na świecie nie widziałam takiego kultu Vintage. Muszę tam wrócić. Po prostu muszę.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz