O co chodzi?
Audioriver wydaje się być festiwalem współczesności, nowoczesności i przede wszystkim muzyki. Miejscem, gdzie można doświadczyć wspaniałych koncertów i kultury. Lista wykonawców w tym roku była na tyle zachęcająca,że grzechem byłoby zostanie we Wrocławiu. Wszystkie wspaniałości przyciągały jak wielkich rozmiarów magnes. Szkoda,ze większa ich połowa pochowała się w zakamarkach zamiarów i pomysłów na spędzenie tego letniego weekendu. Ilość wydarzeń, deszczu i zmęczenia przeważyła. Ale może na Audioriver inaczej się nie da.Na plaży fajnie
Niektórzy powiedzą,że to dzięki utrudnieniom da się dobrze zapamiętać wyjazd. No tak. Piasek w namiocie, piasek w zębach, piasek we włosach, generalnie piasek wszędzie. Marzenie. Na koncertach znowu piasek i przechodzenie między scenami zajmuje naprawdę dużo czasu. Nie wiem jakimi kryteriami można oceniać tę miejscówkę. Niby fajnie, bo ładnie. Niby niefajnie, bo trochę ciasno i te cholerne schody śmierci.Łup Łup
Większego skupiska hipsterów, dresów i alternatywów nie widziałam nigdy. Bez mini zadym się nie obeszło. Obrobiono parę namiotów, porzucano strzykawkami, zaśmiecono połowę miasta (bo przecież kubły są do ozdoby), przepychano się 20 min pod samą scenę,żeby zobaczyć kto gra i czy będzie dobry melanż, by po kilku minutach wyjść. Podejrzewam,że na każdym festiwalu mają miejsce podobne zjawiska. Nic w tym złego. Ludzie przyjechali się bawić. Zapłacili dwie stówy, do kieszeni wzięli kolejne trzy. Trzeba się napić i potańczyć. A,że bez satysfakcji, to już nikogo nie obchodzi.
John Talabot/ Audioriver 2015

















